Miks live kontra studio: transporter opancerzony i Ferrari

Zostając w temacie wpływu na brzmienie poszczególnych elementów toru audio:
Miksowanie live w porównaniu do pracy w studio to jak jazda transporterem opancerzonym vs prowadzenie Ferrari - oba bardzo drogie i niełatwe do opanowania, ale każdy ma swoje unikalne wyzwania i wymaga zupełnie innych decyzji.
Miks live i studyjny mają jednak też (podobnie jak Ferrari i transporter opancerzony) sporo ze sobą wspólnego: prawa fizyki z których korzystają czy podstawowy cel któremu służą.
W obu przypadkach działają np. reguły „najsłabszego ogniwa” (cały tor jest tylko tak dobry jak jego najsłabsze ogniwo) czy „efektu kumulatywnego” (różnice / straty pomijalne dla pojedynczego źródła kumulują się przy wielu źródłach poddanych temu samemu procesowi).
Przygotowując się do trasy - dużej czy małej - staram się dbać o każdy element toru zaczynając od najważniejszego: źródła.
Moja praca nie zaczyna się na soundchecku, tylko wiele miesięcy wcześniej w sali prób, gdzie razem z Artystami pracujemy nad tym, by aranżacje były nie tylko atrakcyjne i ciekawe, ale też dobrze miksowały się w warunkach koncertowych. Szukamy brzmień, wybieramy mikrofony, układamy miks, odsłuchujemy….
W tym procesie przez lata wielokrotnie miewałem już poczucie, że część tej pracy to jak „krew w piach”. Fatalne akustycznie obiekty, źle dobrane, słabo przygotowane czy niesprawne systemy nagłośnienia, miksery które nie zachowywały się tak jakbym sobie tego życzył… nie zawsze udaje się unikać wszystkich tych czynników, ale nauczyłem się by za wszelką cenę eliminować tyle z nich ile jestem w stanie.
Warunki akustyczne obiektów koncertowych to temat nie tyle na posta co na książkę, o systemach kolejnej dyskusji wszczynał nie będę, ale jak to jest z kosnoletami?
Technologia cyfrowa, choć otworzyła nieznane dotąd możliwości w kwestii przygotowania i preprodukcji koncertów, choć jest zbawieniem dla naszych kręgosłupów, choć sprawiła że wiele z narzędzi możemy bezpośrednio ze studia zabrać w trasę, osiągając rezultaty dotąd nieosiągalne jest też (w konsoletach live) w istotcie prawie zawsze potężnym kompromisem.
Producenci muszą lawirować pomiędzy jakością algorytmów, mocą obliczeniową, a latencją. Między jakościà modułów IO (szczególnie przetworników, zegarów) i liczbą wejść/wyjść a ceną i rentownością dla klienta. Szczęśliwie jednak w 2025r. na prawdę mamy w czym wybierać.
Są konsolety niedorzecznie wręcz tanie o sporych możliwościach i jakości wystarczającej do wielu zastosowań. Są takie, które oszczędności na jakości przetwarzania nadrabiają toną możliwości i niemal nieskończoną mocą przetwarzania. Są też produkty drogie i bezkompromisowe jakościowo, wśród których każdy ma nieco inny zestaw cech i funkcji. Zaryzykuję twierdzenie że każda z nich (nawet ta tania) może być genialnym narzędziem, jeśli tylko wybranym świadomie i adekwatnie do zastosowania.
Czy konsolety live różnią się brzmieniem? Zdecydowanie tak. Czy są to różnice słyszalne i mierzalne? Jak najbardziej. Czy i jak bardzo istotne dla efektu końcowego? To zależy od bardzo wielu czynników, nie tylko (a nawet zwykle najmniej) od tych obiektywnych. Warto jednak pamiętać o jednym: od pewnego poziomu to już nie jest kwestia lepiej / gorzej (bo co jest lepsze Gibson Les Paul czy Fender Telecaster? No właśnie, TO ZALEŻY) tylko INACZEJ.
O tym dlaczego na trasę halową Kwiatu Jabłoni wybralem konsoletę Solid State Logic (SSL) L350+ (dziękuje najuprzejmiej Commercial Audio za OLBRZYMIE wsparcie) opowiadam w filmie do którego link w komentarzu!
Pozdrawiam z trasy EU… ostatniej w tym roku! :)
